Wielki Post 2026 #8

Kiedy usiadłam, aby napisać swoje świadectwo o tym, jak św. Faustyna pomogła mi w czasie cierpienia, nie wiedziałam, od czego zacząć. Wystarczyłoby powiedzieć, że była ona dla mnie ogromną inspiracją i wzorem do naśladowania w czasie mojego cierpienia. Wyprosiła mi łaskę, bym umiała ufać, ufać i jeszcze raz ufać. Wzywam ją, kiedy czuję, że ciężar krzyża mnie przytłacza. Dziś widzę wyraźnie, że każde doświadczenie   cierpienia   umacnia   nas   na   kolejne.

28 czerwca 2024 r. przeszłam na emeryturę. Razem z mężem planowaliśmy chodzić codziennie na Mszę św., znajdować czas na krótkie wycieczki, poranne seanse filmowe, spacery po parku, itp. W ten sam weekend mój mąż trafił do szpitala z powodu problemów z sercem i od tego momentu wszystko zaczęło się psuć. Z dnia na dzień stawał się coraz słabszy. Więc od razu po przejściu na emeryturę zostałam jego całodobową opiekunką. Na początku czułam złość, że wszystkie nasze plany legły w gruzach. Ale św. Faustyna wciąż prosiła mnie, aby ufać, ufać i jeszcze raz ufać. Bóg miał lepszy plan. Zajęło mi trochę czasu, zanim zaakceptowałam wolę Bożą, ale potem byłam nawet wdzięczna, że mogłam być w domu i opiekować się mężem w ostatnich miesiącach jego życia. Boży plan zaczął się realizować na moich oczach, a ja mogłam tylko ufać, ufać i jeszcze raz ufać.

Słowa Jezusa skierowane do św. Faustyny były bardzo kojące: „... wiedz, że tę siłę, którą masz w sobie do znoszenia cierpień, musisz zawdzięczać częstej Komunii świętej” (Dz. 1487). Codziennie sama chodziłam na Mszę św. i modliłam się za męża. Nigdy nie przetrwałabym dnia bez Eucharystii. To było tak bolesne patrzeć, jak mój mąż marnieje. W tym czasie mój ojciec również stawał się coraz słabszy. Dodatkowym więc cierpieniem dla mnie była niemożność zobaczenia się z ojcem, bo mieszkał w innym mieście, a ja nie mogłam zostawić męża samego. Tak bardzo kochałam męża, że nie chciałam, aby dalej cierpiał. Św. Faustyna nauczyła mnie dziękować Bogu za codzienne krzyże i pomogła mi zrozumieć, że… Prawdziwą miłość mierzy się termometrem cierpień. (Dz. 342) Mój mąż zmarł 30 stycznia 2025 r. Nigdy nie czułam takiego bólu w sercu. Musiałam spakować wszystkie nasze rzeczy i opuścić dom, który tak bardzo kochaliśmy. Mimo to postanowiłam trwać przy tym, czego nauczyła mnie św. Faustyna: ufać, ufać i jeszcze raz ufać. Oddałam ubrania mojego męża bezdomnym, ponieważ wiedziałam, że chciałby, abym tak postąpiła. Oddałam też wszystkie nasze meble potrzebującym rodzinom, aby móc wrócić do rodzinnego miasta. Mój dziewięćdziesięcioletni ojciec potrzebował opieki, więc zamieszkałam z nim, dopóki nie wymyślę, co dalej robić. Jedyne rzeczy, które mi zostały to ubrania, pudła z książkami i komputer. Dwa tygodnie później mój ojciec miał poważny upadek, po którym konieczna była operacja. Jego osłabiony organizm nie był w stanie poradzić sobie z wieloma powikłaniami pooperacyjnymi i zmarł.

To zabawne, że Jezus poprosił mnie, abym Mu zaufała, rozdając wszystkie swoje rzeczy. Pozostawił mnie z pustymi rękami, aby potem mi wszystko zwrócić. Moje rodzeństwo przekazało mi dom ojca na własność. Jezus naprawdę zwrócił mi wszystko. Oczywiście są to tylko rzeczy materialne, ale On wie, że one też są nam potrzebne. Tak, plan Boga jest o wiele lepszy niż mój. Jego rolą jako mojego Ojca Niebieskiego jest zapewnienie mi wszystkiego, czego potrzebuję, a moją rolą jest ufać, ufać i jeszcze raz ufać.

Sylvia, wolontariuszka „Faustinum”, Stany Zjednoczone