Rok 2025 pozostanie w mojej pamięci jako jeden z najtrudniejszych etapów mojego życia — czas, w którym wydarzenia bolesne następowały po sobie jak fale uderzające o brzeg. Właśnie wtedy moja dotychczasowa sześcioletnia formacja w Stowarzyszeniu „Faustinum” oraz słowa z Dzienniczka św. Faustyny Kowalskiej były dla mnie czymś więcej niż duchową lekturą — stały się światłem, oddechem i oparciem.
Szczególnym znakiem bliskości św. Faustyny była dla mnie chwila, gdy w marcu ubiegłego roku w moim domu gościły Jej relikwie — odebrałam to jako cichą zapowiedź duchowej obecności na nadchodzący trudny czas.
Najpierw przyszło doświadczenie niesprawiedliwości i zranienia w pracy — miejscu, w które wkładałam bardzo wiele zaangażowania, tworząc narzędzia, usprawniając procesy i szkoląc nowych pracowników. Zostałam jednak wraz z całym zespołem potraktowana jak koszt do ograniczenia i po 12 latach zmuszona do zmiany stabilnej pracy w czasie licznych zwolnień grupowych w kraju, gdy znalezienie nowej — będąc w średnim wieku — wydawało się niemal niemożliwe. Stało się to w bardzo przykrych i nieuczciwych okolicznościach, o których trudno tu pisać. Wtedy szczególnie wracały do mnie słowa:
„Nie lękaj się niczego (…) Walcz zawsze z tym głębokim przekonaniem, że Ja jestem przy tobie.” (Dz. 573; 1760)
Dziś widzę znaki Jego delikatnego prowadzenia i owoce wstawiennictwa. Ofertę nowej pracy znalazłam w rocznicę kanonizacji św. Faustyny — odczytałam to jako znak troski z nieba, a w sercu doświadczyłam prawdziwości słów:
„Wszelka łaska spływa przez modlitwę (…) Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma.” (Dz. 146; 1578)
Niedługo potem przyszło cierpienie jeszcze głębsze — odchodzenie mojej Mamy, osoby niepełnosprawnej w stopniu znacznym, którą opiekowałam się przez pięć lat, a która chorowała od dwudziestu pięciu na stwardnienie rozsiane i inne poważne schorzenia. W wyniku choroby już jako nastolatka nie miałam Mamy w zwykłym sensie — poniekąd to ja byłam dla niej matką, zwłaszcza gdy mieszkałyśmy same, odkąd kilka lat temu nagle zmarł mój Tata, którego próbowałam reanimować, lecz niestety nie udało się Go uratować. Towarzyszenie Mamie w słabości i bólu było dla mnie szkołą miłości krzyża. Patrząc na Jej cierpienie, widziałam cierpiącego Chrystusa. Na dwa tygodnie przed Jej odejściem usłyszałam diagnozę: zator płucny i rak nerki. W najtrudniejszych chwilach napełniały mnie ufnością słowa:
„Nieraz dziwiłam się, że aniołowie i święci siedzą cicho na takie cierpienie duszy. Jednak oni nas szczególnie w tych chwilach kochają.” (Dz. 116)
Mama odeszła pojednana z Bogiem i zgodnie z obietnicami Jezusa, związanymi z odmawianiem Koronki do Bożego Miłosierdzia (Dz. 810-811; 1541), otrzymała łaskę spokojnej śmierci, a w moim sercu pozostał pokój i przekonanie, że tylko czas nas dzieli. Coraz częściej odczuwam Jej duchową bliskość i pomoc.
Te wydarzenia nie były ani poprzedzone, ani rozdzielone spokojem, wymieniam tylko te najtrudniejsze, lecz następowały po sobie, wprowadzając mnie w stan ciągłego napięcia i głębokiego zmęczenia psychicznego oraz duchowego. Kiedy serce było jeszcze poruszone tym doświadczeniem, przyszła kolejna rana — odejście bliskiej przyjaciółki, której przez lata towarzyszyłam modlitwą i wsparciem właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzebowałam obecności. To była trudna lekcja puszczania wolno kogoś, kogo się miłuje. Wtedy szczególnie zrozumiałam słowa:
„Choćby mnie wszyscy opuścili, nie jestem sama, bo Pan jest ze mną.” (Dz. 1022)
Przyjęcie tej prawdy nie było łatwe, lecz i z tej sytuacji Pan wyprowadził dobro — tam, gdzie coś zostało zabrane, pojawiły się nowe relacje i prawdziwi przyjaciele. Co więcej, po odejściu Mamy — choć mieszkam sama — nie czuję się samotna. Od tamtego czasu codzienna Eucharystia stała się moją siłą:
„Z niej czerpię siłę, w niej moja moc.” (Dz. 1037)
Zawierzenie Miłosierdziu Bożemu przez Maryję jest moim pokojem. Od Niej uczę się przyjmować wszystko, co przynosi wola Boża:
„Jestem wam Matką z niezgłębionego Miłosierdzia Boga. Ta Dusza Mi jest najmilszą, która wiernie wypełnia wolę Bożą (…) Bądź odważna, nie lękaj się przeszkód, ale wpatruj się w Mękę Syna Mojego.” (Dz. 449)
Miniony rok pokazał mi, że słowa „Cierpienie jest wielką łaską” (Dz. 57) nie są teorią, lecz tajemnicą spotkania z Bogiem, który nie zawsze wyjaśnia, ale zawsze jest obecny. W tym czasie szczególną pomocą była dla mnie formacja oraz modlitwa przyjaciół i wspólnoty — czułam realnie, że ktoś niesie mnie duchowo.
Jeśli ktoś czyta te słowa i przechodzi — lub dopiero będzie przechodził — przez podobne doświadczenia, niech wie, że Pan naprawdę działa, podtrzymuje duszę i umacnia ją przez słowa Dzienniczka oraz łaskę formacji, prowadząc przez ciemną dolinę ku światłu. Coraz głębiej doświadczam, że Jezusowi nic nie wymyka się z rąk i że nawet to, co trudne, potrafi przemienić w dobro. Niech Miłosierny Pan będzie za to na wieki uwielbiony.
Jezu, ufam Tobie!
Alicja, członek „Faustinum”, Polska
