U Ciebie, Boże, znajdzie litość sierota! Ulecz nas, scal nas na nowo!

Homilia – piątek III tygodnia Wielkiego Postu, 9 marca 2018 r.
Oz 14, 2-10; Ps 81, 6c-11b.14.17; Mk 12, 28b-34

„Zagłębiaj się… w Moim opuszczeniu…” – zachęcał Jezus siostrę Faustynę. Wybraliśmy tę zachętę na temat weekendowego skupienia, w którym będziemy rozważać Mekę Pańską wg św. Marka, bo ten Ewangelista, być może najmocniej z czterech, akcentuje doświadczenie opuszczenia, które Jezus przeżywał w czasie Męki. Wyrazem tego może być wołanie Jezusa: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15, 34). Jezus mówił do św. Faustyny: „O trzeciej godzinie błagaj mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w mojej męce, szczególnie w moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Pozwolę ci wniknąć w mój śmiertelny smutek; w tej godzinie nie odmówię duszy niczego, która mnie prosi przez mękę moją…” (Dz. 1320). Tę zachętę chcemy sobie wziąć do serca nie tylko na czas tego skupienia, choć może na ten czas w sposób szczególny.

Mając w pamięci te słowa Jezusa „zagłębiaj się… w Moim opuszczeniu”, czytałem fragmenty Pisma Świętego z dzisiejszej liturgii. I jak jasny snop światła stały się dla mnie słowa z księgi proroka Ozeasza: „u Ciebie bowiem znajdzie litość sierota”. To słowa, które Bóg każe Izraelitom zabrać ze sobą, każe im nosić je, oczywiście nosić w sercu i rozważać, a wyrazem tego jest noszenie ich również na wargach. Nie bez znaczenia jest wyznanie Izraelitów: „zamiast cielców dajemy Ci nasze wargi”. Co oznacza to: „dajemy Ci nasze wargi”? Oczywiście, powtórzmy to, nie chodzi o to, żeby mieć słowo jedynie na wargach, ale o to, by mieć je także w swoim sercu i w swoim życiu. Ale warto przypomnieć, że kiedyś, przed wiekami, medytacja słowa Bożego nie była postrzegana jako czynność intelektualna, ale właśnie jako działanie ust. Stąd psalmista modli się: „usta sprawiedliwego głoszą mądrość” (Ps 37, 30). Tymczasem te słowa po łacinie brzmią: „os iusti meditabitur sapientiam”, a więc można by je oddać również tak: „usta sprawiedliwego medytują mądrość”. My wnioskujemy, że umysł rozmyśla, a usta głoszą. A kiedyś, przed wiekami, mnisi – na określenie czytania Pisma Świętego połączonego z jego rozważaniem – używali słowa: „ruminatio” (przeżuwanie). Nam „przeżuwanie” kojarzy się z krową, tudzież jej podobnymi zwierzętami. Chrześcijanin ma słowo Boga „przeżuwać”, aby to słowo Boga przez niego „spożyte” (pamiętacie zachętę skierowaną przez Boga do Ezechiela w Starym Testamencie czy do św. Jana w Apokalipsie: „zjedz ten zwój”, a nie „przeczytaj tej zwój”), zostało przetrawione i aby stanowiło pokarm dla całego jego organizmu (życia), a nie tylko dla głowy.

Jakie słowa Bóg daje nam dziś jako pokarm? To słowa: „u Ciebie, Boże, znajdzie litość sierota”. Te słowa mamy „przeżuwać”, smakować je, aby stały się duchową strawą dla nas, którzy mamy poczucie sieroctwa. To uderzające, że kiedy my ze swojej strony chcemy zagłębiać w opuszczenie Jezusa, pierwszym słowem, które słyszymy na rekolekcjach, mówi o naszym poczuciu opuszczenia, o naszym sieroctwie, o naszej tęsknocie z Ojcem, o naszym pragnieniu poznania Boga, prawdziwego Boga, który jest Ojcem, naszym Ojcem.

I jest jeszcze w dzisiejszym pierwszym czytaniu obietnica Boga: „uleczę ich niewierność, szczodrze obdarzę ich miłością”. To jest słowo z księgi Ozeasza, która, może o tym pamiętamy, mówi o Izraelu jako o niewiernej oblubienicy. Izrael odwrócił się od jedynego Boga, a zwrócił się do bożków. Przywołajmy tu pewną intuicję z encykliki papieża Franciszka o wierze. Przeciwieństwem wiary nie jest niewiara, ale bałwochwalstwo. Izraelici, jak słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, wyznają: „nie chcemy już (…) mówić: ‘nasz boże’ do dzieła rąk naszych”. A papież Franciszek przypomniał w przywołanej encyklice, że „bożek jest pretekstem do tego, by postawić samych siebie w centrum rzeczywistości, adorując dzieło własnych rąk”. I jeszcze papież dodał: „Człowiek, gdy traci zasadnicze ukierunkowanie, które spaja jego życie, gubi się w wielorakości swoich pragnień. (…) Kto nie chce zawierzyć się Bogu, zmuszony jest słuchać głosów wielu bożków, wołających do niego: ‘zdaj się na mnie!’” (LF 13). Pójście za bożkiem czy bożkami prowadzi do destrukcji, do rozdarcia naszego serca i do rozpadu naszego życia na niezliczoną liczbę kawałków. Człowiek odwrócony od Boga, czuje się jak sierota. Czuje się jak sierota niezaspokojona, bo tylko miłość Ojca mogłaby sierotę zaspokoić. Tymczasem odwracając się od Boga, my zaczynamy szukać zaspokojenia w innych osobach czy rzeczach. A nic, poza Bogiem, nas nie zaspokoi. Sierocie nic nie wypełni serca, jak tylko miłość Ojca.

Bóg dziś nam zapowiada, że chce nam okazać miłosierdzie. Nam, Jego dzieciom, którzy czujemy się jak sieroty. Bóg chce uleczyć naszą niewierność, czyli chce nas zwracać ku Sobie i scalać, scalać nasze serce i nasze życie. W jaki sposób? Mamy wrócić do tego, co było na początku. Mamy wrócić do tego, co pierwsze. I dlatego razem z uczonym w Piśmie stawiamy pytanie, być może bardzo oczywiste, ale trzeba je postawić i usłyszeć bardzo oczywistą odpowiedź. Czas rekolekcji, czas modlitwy jest czasem, kiedy mają wybrzmieć w nas i na nowo nabrać właściwego znaczenia prawdy oczywiste. Pytamy więc: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”. Słyszymy odpowiedź: „Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. Słuchaj słowa Boga, który jest jedynym Panem, i na Jego słowo odpowiedz miłością. Jaką? Całkowitą? Na miłość jedynego Boga adekwatną odpowiedzią może być tylko miłość całkowita. I ta całkowita miłość wobec Boga, jedynego Pana, scala nasze serce i duszę, nasz umysł i życie. Bałwochwalstwo rozbija. konsekwencją odwrócenia się od jedynego Boga jest rozpad. A miłość Boga i zwrócenie się do Boga nas scala.

Bóg tęskni za naszym życiem scalonym i pięknym. Tę tęsknotę przepięknie oddaje dzisiejsze pierwsze czytanie. Wyobraźmy sobie drzewo rosnące na Libanie. Bóg mówi, że Izrael jak drzewo „zapuści korzenie”, a ponadto, że „rozwiną się jego latorośle”, czyli jego gałęzie. I na tym nie koniec. Jeszcze „woń jego będzie jak woń Libanu”. I na tym jeszcze nie koniec, bo sława tego drzewa (tych winnic) rozejdzie się daleko. Pomyślałem sobie, że drzewo głęboko zakorzenione to obraz chrześcijanina „radykalnego” (łac. „radix” – korzeń), czyli zakorzenionego w słowie Bożym i w Eucharystii. Drzewo o rozwiniętych gałęziach, w których – skorzystajmy z przypowieści o ziarnku gorczycy – znajdują mieszkanie liczne ptaki niebieskie, to może być obraz chrześcijanina, którego serce i dom są gościnne, którego ręce mają zdolność przygarniania i przytulania innych (por. Mt 13, 31-32). Zakorzenienie w Bogu wydaje więc owoce w relacjach z ludźmi. I wreszcie to drzewo, którego liście czy owoce są źródłem pięknego zapachu. A św. Paweł pisze, że chrześcijanie są „miłą Bogu wonnością Chrystusa zarówno dla tych, którzy dostępują zbawienia, jak i dla tych, którzy idą na zatracenie” (2 Kor 2, 15). Chrześcijanin staje się jak Bóg, którego słońce wschodzi nad dobrymi i nad złymi, którego deszcz spada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (por. Mt 5, 45).

A Bóg o swoim działaniu mówi: „stanę się jakby rosą dla Izraela”. Jak piękny to obraz! Działanie Boga jest pełne delikatności. Miłość jest wytrwała i delikatna, wszechmocna i czuła. I taka miłość Boga nas chce w tych dniach nawracać i scalać. Tak, chcemy towarzyszyć w najbliższych godzinach Jezusowi opuszczonemu. Chcemy zagłębiać się w Jego opuszczenie, ale już teraz przypomnijmy sobie, że On wszedł w opuszczenie, ponieważ to było nasze doświadczenie. Bóg stał się człowiekiem, przyjął nasze człowieczeństwo. Wszedł w to, że wskutek grzechu naszego czy innych czujemy się jak sieroty. Być z Jezusem opuszczonym oznacza również pozwolić Jezusowi być z nami opuszczonymi. Trzeba zagłębiając się w opuszczenie Jezusa pozwolić, aby On mógł zagłębiać się w nasze sieroctwo i aby w głębi naszego serca, przeżywającego doświadczenie osierocenia i rozpadu, mógł zawołać: „jesteś umiłowanym dzieckiem Ojca!”.

ks. Piotr Szyrszeń