Ufność bezsilnie samotnego i zadufanie samowystarczalnego

Homi­lia – sobo­ta III tygo­dnia Wiel­kie­go Postu, 10 mar­ca 2018 r.
Oz 6, 1–6; Ps 51, 3–4.18–21a; Łk 18, 9–14

Zatrzy­maj­my się na moment przy pierw­szym zda­niu odczy­ta­nej przed chwi­lą Ewan­ge­lii. To zda­nie wska­zu­je adre­sa­tów przy­po­wie­ści, któ­rą Jezus opo­wie­dział. Może war­to zauwa­żyć, że od 2016 r. korzy­sta­my w litur­gii (a przy­naj­mniej jest zale­ce­nie, by korzy­stać) z nowe­go wyda­nia lek­cjo­na­rza, a w nim z nie­co popra­wio­ne­go prze­kła­du Biblii Tysiąc­le­cia. We wcze­śniej uży­wa­nym w litur­gii prze­kła­dzie sły­sze­li­śmy, że Jezus mówił „do nie­któ­rych, co UFALI SOBIE, że są spra­wie­dli­wi, a inny­mi gar­dzi­li”; a w tym, któ­ry sły­sze­li­śmy przed chwi­lą, że opo­wie­dział przy­po­wieść „nie­któ­rym, co DUFNI BYLISIEBIE, że są spra­wie­dli­wi…”.

Tłu­macz spró­bo­wał zro­bić coś, aby nasze ucho zare­je­stro­wa­ło róż­ni­cę postaw, poprzez grę słów, grę prze­ci­wieństw. Może­my więc podzie­lić ludzi na dwie gru­py. Jed­ną sta­no­wią „ufni”, a dru­gą „duf­ni w sie­bie”, zadu­fa­ni w sobie. Czym się róż­nią te posta­wy? Ufność to posta­wa, któ­rą prze­ży­wa­my w rela­cji z kimś dru­gim, a zadu­fa­nie w sobie – w izo­la­cji, w ode­rwa­niu od innych. Ufność prze­ży­wa­my zwy­kle w rela­cji z kimś więk­szym od nas, nato­miast w przy­pad­ku zadu­fa­nia roz­ra­sta się i to bar­dzo nasze „ja”. Ufność prze­ży­wa­my w rela­cji z osobą/Osobą, z kimś moc­niej­szym, przy kim czu­je­my się bez­piecz­ni. Ufność to w pew­nym sen­sie powrót do sta­nu bycia jak nie­mow­lę, sta­nu bez­pie­czeń­stwa w rękach ojca, sil­ne­go i czu­łe­go rów­no­cze­śnie. Obja­wie­niem ufno­ści jest modli­twa Jezu­sa w Get­se­ma­ni. Jezus prze­ży­wa sie­bie jako Dziec­ko, któ­re do Ojca zwra­ca się woła­jąc: „Abba” (Mk 14, 36). Ufność to posta­wa nie tyl­ko kogoś, kto ma nie­wie­le lat, czy­li dziec­ka, ale to też posta­wa doro­słe­go w rela­cji z Bogiem Ojcem. Ufność doj­rza­łe­go w wie­rze chrze­ści­ja­ni­na nie jest infan­tyl­na. Jezus w Ogrój­cu, kie­dy mówi: „Abba”, nie jest infan­tyl­ny; wręcz prze­ciw­nie. Tam, w Get­se­ma­ni, Jezus jest doj­rza­ły. Tam obja­wia naj­więk­szą doj­rza­łość. Ta doj­rza­ła ufność Jezu­sa obja­wia się w oko­licz­no­ściach dra­ma­tycz­nych. Ufa­jąc bez­gra­nicz­nie Ojcu wej­dzie w Mękę zbaw­czą, ratu­ją­cą nas.

Może wypa­da­ło­by teraz, może naj­le­piej było­by zacy­to­wać teraz św. Fau­sty­nę… Ale pozwól­cie, że podzie­lę intu­icją zaczerp­nię­tą od inne­go świę­te­go. W tych dniach w dzien­ni­ku ducho­wym zało­ży­cie­la moje­go zgro­ma­dze­nia, sal­wa­to­ria­nów, słu­gi Boże­go o. Fran­cisz­ka Marii od Krzy­ża Jor­da­na (1848–1918), natra­fi­łem na zda­nie pocho­dzą­ce od św. Fran­cisz­ka Ksa­we­re­go. Zało­ży­ciel zano­to­wał to zda­nie dwa razy pod koniec życia, mając 61 i 69 lat (dzie­więć lat i dzie­więć mie­się­cy przed swo­ją śmier­cią). Jed­na myśl, ale gdy zapi­sy­wa­na ponow­nie, zapi­sa­na z drob­ną zmia­ną. „Naj­groź­niej­sze nie­bez­pie­czeń­stwo jest w tym, gdy wśród naj­więk­szych nie­bez­pie­czeństw STRACI SIĘ zaufa­nie do Boga” (DD III/22; 3 XII 1911). „Naj­okrop­niej­sze nie­bez­pie­czeń­stwo pole­ga na tym, że wśród naj­więk­szych nie­bez­pie­czeństw TRACI SIĘ zaufa­nie do Boga” (DD IV/38; 4 XII 1917). Dra­ma­tem jest nie tyl­ko to, że „stra­ci się”, a nawet to, że „tra­ci się” zaufa­nie do Boga pośród naj­więk­szych nie­bez­pie­czeństw. Jezus w naj­dra­ma­tycz­niej­szych momen­tach, jaki­mi są dla Nie­go Ogró­jec i Gol­go­ta, nie tra­ci zaufa­nia do Boga. Modli się, jak potra­fi. I może ktoś spo­dzie­wał­by się, że sko­ro w Ogrój­cu wołał: „Abba, Ojcze” (Mk 14,36), na Gol­go­cie może powi­nien wołać podob­nie: „Abba, Abba”. Nie! To nasze wyobra­że­nia. Sło­wa, któ­re tam wypo­wia­da: „Boże mój, Boże mój, cze­muś Mnie opu­ścił” (Mk 13, 56), to pierw­sze sło­wa psal­mu 22. Modląc się sło­wa­mi psal­mu Jezus wyra­ża zaufa­nie do Ojca. Rów­nież korzy­sta­jąc z psal­mów, korzy­sta­jąc z modlitw ze skarb­ca tra­dy­cji Kościo­ła, z modlitw zna­ny­mi nam for­mu­ła­mi modli­tew­ny­mi, może­my wyra­zić w dra­ma­tycz­nych momen­tach głę­bo­ką ufność wobec Boga.

Ufność prze­ży­wa­my w rela­cji z kimś, z oso­bą. Nato­miast w zadu­fa­niu w sobie może się poja­wić akcent na rela­cję z ide­ami. W wymia­rze reli­gij­nym moż­na by to oddać tak: w ufno­ści kła­dziesz akcent na rela­cję z Bogiem przy­ka­zań (oczy­wi­ście nie pomi­ja­jąc waż­no­ści danych przez Boga przy­ka­zań), a w zadu­fa­niu w sobie może się poja­wić akcent na przy­ka­za­nia Boże (z zapo­mnie­niem o rela­cji z Bogiem przy­ka­zań albo z jej nie­do­ce­nie­niem). Tym­cza­sem nie moż­na mądrze przy­glą­dać się sobie w świe­tle samych przy­ka­zań Bożych, bez wcze­śniej­sze­go i rów­no­cze­sne­go spo­tka­nia z Bogiem przy­ka­zań. Przy­po­mniał o tym kie­dyś św. Jan Paweł II, że w sakra­men­cie pojed­na­nia „zanim doj­dzie do spo­tka­nia z «przy­ka­za­nia­mi Boży­mi», nastę­pu­je spo­tka­nie w Jezu­sie z «Bogiem przy­ka­zań»” (list do kapła­nów na Wiel­ki Czwar­tek 2012 r.). Dla­te­go waż­ne jest, by każ­do­ra­zo­wo powta­rza­jąc Dzie­sięć Przy­ka­zań, zaczy­nać od wstę­pu: „Ja jestem Pan, Bóg twój, któ­ry cię wypro­wa­dził z zie­mi egip­skiej, z domu nie­wo­li” (Wj 20, 1); sły­sze­li­śmy te sło­wa w ostat­nią nie­dzie­lę.

W tej per­spek­ty­wie przyj­rzyj­my się boha­te­rom przy­po­wie­ści opo­wie­dzia­nej przez Jezu­sa. Fary­ze­usz „w duszy się modlił”, jak­by mówił sam do sie­bie. Zda­je się chwa­lić tym, że on zacho­wu­je przy­ka­za­nia. Zda­je się przed­sta­wiać jako ktoś dosko­na­ły, w pew­nym sen­sie samo­wy­star­czal­ny, ale w związ­ku z tym bar­dzo samot­ny. Samo­wy­star­czal­ność może na pierw­szy rzut oka wyglą­da atrak­cyj­ne, ale jest to zwod­ni­cza atrak­cyj­ność. Bo gdy wystar­czasz sam sobie, gdy nie potrze­bu­jesz niko­go, ani Boga, ani czło­wie­ka, sta­jesz się bar­dzo samot­ny. I w pew­nym momen­cie uświa­da­miasz sobie, że taka samo­wy­star­czal­ność zaczy­na boleć. Zadu­fa­nie zamy­ka nas w sobie samych, a to zamknię­cie z cza­sem zaczy­na boleć. Bo Bóg stwo­rzył nas jako potrze­bu­ją­cych rela­cji z Nim i z ludź­mi. Nie wszy­scy mają wszyst­ko, aby­śmy wza­jem­nie mogli sobie poma­gać.

A cel­nik? Kon­dy­cję cel­ni­ka moż­na by opi­sać korzy­sta­jąc ze słów jed­ne­go z wiel­ko­post­nych hym­nów z bre­wia­rza, z jutrz­ni: „Przed Tobą, Ojcze, sta­je­my skru­sze­ni i obcią­że­ni wina­mi, a nio­sąc w sobie bez­sil­ną samot­ność, szu­ka­my Two­jej pomo­cy”. Cel­nik ma świa­do­mość swo­jej samot­no­ści i bez­sil­no­ści, ale w jego ser­cu rodzi się i roz­wi­ja ufność, któ­ra otwie­ra go na Kogoś inne­go, na Boga. Bez­sil­ny wobec swo­je­go grze­chu, pro­si Boga o miło­sier­dzie. Szu­ka u Boga pomo­cy. Zaczy­na wycho­dzić ze swej samot­no­ści. A może trze­ba powie­dzieć, że Bóg zaczy­na Go wypro­wa­dzać z jego samot­no­ści. Cel­nik nie jest jesz­cze doj­rza­ły w prze­ży­wa­niu swo­jej grzesz­no­ści. Wbił wzrok w zie­mię (to odruch grzesz­ni­ka; według Ojców Kościo­ła to kon­se­kwen­cja grze­chu). Nie potra­fi pod­nieść oczu ku nie­bu, ale pro­si o miło­sier­dzie bijąc się w pier­si.

Cel­nik widzi swój grzech, ale zaczy­na też widzieć miło­sier­dzie. I tu poma­ga nam św. Fau­sty­na: „Wiem dobrze, czym jestem sama z sie­bie, dla­te­go Jezus odsło­nił oczom duszy mojej całą prze­paść nędzy, jaką jestem, a przez to rozu­miem dobrze, że cokol­wiek w duszy mojej jest dobre­go, jest to tyl­ko łaska Jego świę­ta. To pozna­nie nędzy mojej daje mi zara­zem poznać prze­paść miło­sier­dzia Two­je­go. W życiu swo­im wewnętrz­nym patrzę jed­nym okiem w prze­paść swej nędzy i nik­czem­no­ści, jaką jestem, a dru­gim okiem patrzę w prze­paść miło­sier­dzia Twe­go, Boże” (Dz. 56). To, co robi św. Fau­sty­na, kie­dyś nazwa­łem sobie „zba­wien­nym zezem”, choć tak napraw­dę chy­ba nie potrze­ba „zeza”, żeby wpa­try­wać się w nędzę czło­wie­ka i miło­sier­dzie Boga. Bo w Jezu­sie Bóg zszedł z nie­ba na głę­bi­ny nędzy czło­wie­ka i tam obja­wił swo­je miło­sier­dzie. Prze­ko­nał się o tym Zache­usz: „Zache­uszu, zejdź pręd­ko, albo­wiem dziś muszę się zatrzy­mać w two­im domu” (Łk 19, 5). W Jezu­sie Bóg scho­dzi do nasze­go pozio­mu, aby spo­tkać nas tam, gdzie jeste­śmy, i oka­zać nam miło­sier­dzie. Pro­śmy o łaskę ufno­ści, któ­ra otwie­ra na Boga i czło­wie­ka! A może o łaskę więk­szej ufno­ści!

ks. Piotr Szyr­szeń SDS