Miłosierdzie Boże również w duszy mojej

Nie wiem, jak mógł­bym opi­sać to, co wyda­rzy­ło się w moim życiu, gdy Miło­sier­dzie Boże mnie dotknę­ło. Jak opi­sać to, co dzia­ło się w ser­cu i duszy, emo­cje towa­rzy­szą­ce temu, gdy Pan Bóg odpo­wie­dział na moją tęsk­no­tę, gdy po okre­sie błą­dze­nia, zwró­ci­łem się ku Nie­mu…

Wie­le lat żyłem swo­im życiem, któ­re dopro­wa­dzi­ło do upad­ku. Gdy Pan Bóg podał mi Rękę (bo tak to czu­ję z całą pew­no­ścią) obie­ca­łem, że przez cały rok będę cho­dził codzien­nie na Mszę św. Bywa­ły prze­rwy, ale roz­po­czy­na­łem od nowa. W pew­nym momen­cie pamię­tam, jak pod­czas Mszy poja­wi­ła się myśl, że już nad­szedł czas, by pójść po latach do spo­wie­dzi. Uda­łem się na Jasną Górę. Była radość. Nie wie­dzia­łem wte­dy, że to dopie­ro począ­tek dro­gi pozna­nia Miło­sier­dzia Boże­go.

Pod­czas jed­nej z Mszy św. ksiądz pro­sił o modli­twę przez 9 mie­się­cy cząst­ką różań­ca za zagro­żo­ne dzie­ci poczę­te. I tak roz­po­czę­ła się nasza wspól­na modli­twa różań­co­wa, naj­pierw jed­ną dzie­siąt­ką, potem całą czę­ścią. Piszę, że roz­po­czę­ła się wspól­na modli­twa, bo gdy Pan Bóg podał mi dłoń, ja w tej dro­dze do Nie­go zapra­sza­łem cały czas moją żonę, a ona to zapro­sze­nie przy­ję­ła.

W pew­nym momen­cie poja­wił się w moim ręku „Dzien­ni­czek” Sio­stry Fau­sty­ny. To, co  dzia­ło się ze mną, gdy zaczą­łem go czy­tać, trud­no mi opi­sać sło­wa­mi. Był to czas nie­sa­mo­wi­ty, czu­łem i zacho­wy­wa­łem się jak czło­wiek odu­rzo­ny. Pamię­tam, jak jadąc samo­cho­dem do kościo­ła z żoną, powie­dzia­łem, że naj­chęt­niej zatrzy­mał­bym się i ści­skał ludzi mówiąc im, że Pan Bóg jest tak miło­sier­ny. To było nie­sa­mo­wi­te prze­ży­cie.

Pew­ne­go dnia, po Mszy św., usły­sze­li­śmy z żoną zapro­sze­nie na spo­tka­nie do Szko­ły Nowej Ewan­ge­li­za­cji przy para­fii i tak z oba­wą, ale i z cie­ka­wo­ścią roz­po­czę­li­śmy naszą dro­gę wspól­no­to­wą. Dziś wiem, że tak popro­wa­dził nas Pan Bóg, bo tam posta­wił na naszej dro­dze oso­by, któ­re wska­zy­wa­ły nam kolej­ne eta­py ku apo­stol­stwu Miło­sier­dzia Boże­go.

9 czerw­ca 2015 roku (zapa­mię­tam ten dzień do koń­ca życia) uda­łem się na Mszę świę­tą z modli­twą o uzdro­wie­nie. Ksiądz wyszedł z Panem Jezu­sem w Eucha­ry­stii, mówiąc że teraz wszyst­kich indy­wi­du­al­nie pobło­go­sła­wi. Gdy zbli­żał się do mnie, ze zdzi­wie­niem, ale też nie rozu­mie­jąc, co się dzie­je, patrzy­łem na księ­dza nio­są­ce­go mon­stran­cję, a czu­łem, że jest to Pan Jezus.

Po waka­cjach, na jed­nej z pierw­szych Mszy z modli­twą o uzdro­wie­nie w naszym koście­le para­fial­nym, doświad­czy­łem obec­no­ści Pana Jezu­sa. Łzy, łzy i jesz­cze raz łzy, ukry­wa­ne w dło­niach… Głę­bo­ko doświad­czy­łem obec­no­ści Jezu­sa, gdy Go przyj­mo­wa­łem w Komu­nii Świę­tej. I gdy Msza zbli­ża­ła się do koń­ca, a ja klę­cza­łem w ław­ce ukry­wa­jąc zapła­ka­ną twarz w dło­niach, poczu­łem (trud­no jest mi to opi­sać) jak ktoś pod­cho­dzi do mnie od przo­du mimo ławek, któ­re były przede mną i przy­tu­la mnie. Wte­dy wszel­kie odczu­cia znik­nę­ły. Był to nie­sa­mo­wi­ty czas, któ­re­go nie zapo­mnę do koń­ca życia. Gdy sze­dłem na kolej­ną Mszę św. byłem pod­eks­cy­to­wa­ny, że może znów doświad­czę tej nie­sa­mo­wi­tej bli­sko­ści Pana Jezu­sa, ale to się już wię­cej nie powtó­rzy­ło. Od tego momen­tu już nie tyl­ko wie­rzę, ale i wiem, że Pan Jezus jest w Eucha­ry­stii i ina­czej prze­ży­wam Komu­nię Świę­tą, czy też, gdy jest wysta­wio­ny w Naj­święt­szym Sakra­men­cie.

Przez ostat­nie lata cały czas odczu­wa­łem wewnętrz­ną potrze­bę posłu­gi cho­rym w hospi­cjum. Ale w mojej miej­sco­wo­ści, nie było takiej moż­li­wo­ści. Jest tyl­ko oddział palia­tyw­ny przy szpi­ta­lu. Na spo­tka­niu wspól­no­ty, podzie­li­łem się pra­gnie­niem modli­twy za cho­rych, cier­pią­cych, umie­ra­ją­cych. Usły­sza­łem od jed­nej z osób, że kil­ka lat temu dosta­ła nr tel. (nie wie­dzieć cze­mu) od oso­by, któ­ra jest jedy­nym w tym mie­ście apo­sto­łem Boże­go Miło­sier­dzia, jak się póź­niej oka­za­ło wolon­ta­riu­szem Sto­wa­rzy­sze­nia „Fau­sti­num”.

Pod­czas mojej posłu­gi hospi­cyj­nej, 14 paź­dzier­ni­ka 2016 r., w dro­dze do szpi­ta­la mia­łem wypa­dek – zosta­łem zepchnię­ty pod­czas jaz­dy samo­cho­dem z dro­gi, samo­chód dacho­wał wie­lo­krot­nie i uległ cał­ko­wi­te­mu znisz­cze­niu. Ponie­waż mia­łem w zwy­cza­ju wieźć do szpi­ta­la obraz­ki z wize­run­kiem Pana Jezu­sa Miło­sier­ne­go, w cza­sie wypad­ku one roz­sy­pa­ły się. I gdy stra­żak wszedł do roz­bi­te­go samo­cho­du, powie­dział do mnie: „Chy­ba te świę­te obraz­ki pana ura­to­wa­ły, że pan z tego wyszedł”.

Pan Bóg pod­czas naszej posłu­gi (bo jest nas tam kil­ka­na­ście osób) cały czas nas umac­nia i daje nam ozna­ki swo­jej obec­no­ści. Oso­by, któ­re nie przy­stę­po­wa­ły z róż­nych powo­dów do spo­wie­dzi ku naszej rado­ści i rado­ści rodzin, decy­du­ją się na nią.

Pan Bóg też wyraź­nie poka­zu­je mi, żeby niko­go nie omi­jać. Na jed­nej z sal była oso­ba, któ­ra nie chcia­ła z nami roz­ma­wiać o Panu Bogu. Gdy tyl­ko się poja­wia­li­śmy, zde­cy­do­wa­nie nam dzię­ko­wa­ła. Pew­ne­go dnia, gdy po modli­twie w Godzi­nie Miło­sier­dzia, zna­la­złem się  na tej sali, omi­ną­łem jej łóż­ko i roz­po­czą­łem roz­mo­wę z dru­gim pacjen­tem. Gdy zapy­ta­łem go, czy chce otrzy­mać obra­zek Pana Jezu­sa Miło­sier­ne­go, otrzy­ma­łem odpo­wiedź twier­dzą­cą. Wyją­łem go więc z opa­ko­wa­nia, ale w trak­cie tej czyn­no­ści wypadł mi z ręki. Schy­li­łem się, by go pod­nieść i ze zdzi­wie­niem zoba­czy­łem, że nie spadł na pod­ło­gę. Mia­łem wra­że­nie jak­by pły­nął w powie­trzu, w kie­run­ku tej oso­by, któ­re nie chcia­ła ze mną roz­ma­wiać. Po chwi­li ogrom­nej kon­ster­na­cji, z oba­wą powie­dzia­łem, że chy­ba ten obra­zek jest dla Pani i usły­sza­łem: „tak bar­dzo go chcę”. Po chwi­li zapro­po­no­wa­łem odmó­wie­nie wspól­nie koron­ki. Przy­po­mnia­łem sobie sło­wa, któ­re przed chwi­lą czy­ta­li­śmy w kapli­cy z „Dzien­nicz­ka” Sio­stry Fau­sty­ny: „Cho­ciaż­by grzesz­nik był naj­za­twar­dzial­szy, jeże­li tyl­ko raz zmó­wi tę koron­kę, dostą­pi łaski z nie­skoń­czo­ne­go Miło­sier­dzia Moje­go”. I tak wspól­nie odmó­wi­li­śmy całą koron­kę. Nur­to­wa­ło mnie pyta­nie, co Pan Bóg chciał mi, powie­dzieć przez to wyda­rze­nie. I pew­ne­go dnia otrzy­ma­łem taką odpo­wiedź: „Masz się pochy­lić nad każ­dym”.

Podzie­lę się jesz­cze jed­nym moim doświad­cze­niem. Pew­ne­go dnia, był to począ­tek mego doświad­cze­nia z łaską Boże­go Miło­sier­dzia, otrzy­ma­łem moc­ne, trwa­ją­ce kil­ka dni,  doświad­cze­nie bra­ku stra­chu przed śmier­cią. Podzie­li­łem się tym z moją żoną, mówiąc: „nie wiem co będzie póź­niej, ale dziś – nie wiem dla­cze­go – nie boję się śmier­ci. Jest to tak sil­ne, że muszę się z tobą tym podzie­lić”. I gdy jakiś czas potem przy­go­to­wy­wa­łem się do posłu­gi hospi­cyj­nej, natra­fi­łem na sło­wa, nad któ­ry­mi się zatrzy­ma­łem i zro­zu­mia­łem dla­cze­go dosta­łem to doświad­cze­nie. A były to sło­wa: „Wszyst­kim duszom, któ­re uwiel­biać będą to moje Miło­sier­dzie i sze­rzyć jego cześć, zachę­ca­jąc inne dusze do ufno­ści w Moje Miło­sier­dzie, dusze te w godzi­nę śmier­ci nie dozna­ją prze­ra­że­nia. Miło­sier­dzie Moje osło­ni je w ostat­niej wal­ce”.

Napraw­dę, Miło­sier­dzie Boże jest nie­zgłę­bio­ne! Na tych sło­wach skoń­czę moją histo­rię dzię­ku­jąc Panu Bogu, że chce się mną posłu­żyć w tym tak wspa­nia­łym dzie­le  MIŁOSIERDZIA.

Jacek
Wolon­ta­riusz „Fau­sti­num”