Być miłosiernym w niemiłosiernym świecie

Pra­gnę się cała prze­mie­nić w miło­sier­dzie Two­je i być żywym odbi­ciem Cie­bie, o Panie; niech ten naj­więk­szy przy­miot Boga, to jest nie­zgłę­bio­ne miło­sier­dzie Jego, przej­dzie przez ser­ce i duszę moją do bliź­nich.
Dopo­móż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miło­sier­ne, bym nigdy nie podej­rze­wa­ła i nie sądzi­ła według zewnętrz­nych pozo­rów, ale upa­try­wa­ła to, co pięk­ne w duszach bliź­nich, i przy­cho­dzi­ła im z pomo­cą.
Dopo­móż mi, aby słuch mój był miło­sier­ny, bym skła­nia­ła się do potrzeb bliź­nich, by uszy moje nie były obo­jęt­ne na bóle i jęki bliź­nich.
Dopo­móż mi, Panie, aby język mój był miło­sier­ny, bym nigdy nie mówi­ła ujem­nie o bliź­nich, ale dla każ­de­go mia­ła sło­wo pocie­chy i prze­ba­cze­nia.
Dopo­móż mi, Panie, aby ręce moje były miło­sier­ne i peł­ne dobrych uczyn­ków, bym tyl­ko umia­ła czy­nić dobrze bliź­nie­mu, na sie­bie przyj­mo­wać cięż­sze, mozol­niej­sze pra­ce.
Dopo­móż mi, aby nogi moje były miło­sier­ne, bym zawsze śpie­szy­ła z pomo­cą bliź­nim, opa­no­wu­jąc swo­je wła­sne znu­że­nie i zmę­cze­nie. Praw­dzi­we moje odpocz­nie­nie jest w usłuż­no­ści bliź­nim.
Dopo­móż mi, Panie, aby ser­ce moje było miło­sier­ne, bym czu­ła ze wszyst­ki­mi cier­pie­nia­mi bliź­nich. Niko­mu nie odmó­wię ser­ca swe­go. Obco­wać będę szcze­rze nawet z tymi, o któ­rych wiem, że nad­uży­wać będą dobro­ci mojej, a sama zamknę się w naj­mi­ło­sier­niej­szym Ser­cu Jezu­sa. O wła­snych cier­pie­niach będę mil­czeć.
Niech odpocz­nie miło­sier­dzie Two­je we mnie, o Panie mój. (…)
Jezu mój, prze­mień mnie w sie­bie, bo Ty wszyst­ko możesz.

(“Dzien­ni­czek”, 163, napi­sa­ne rok przed śmier­cią – w roku 1937)

Ta pięk­na modli­twa św. Sio­stry Fau­sty­ny uka­zu­je zma­ga­nie całe­go życia o posta­wę miło­sier­dzia wobec innych. Dopo­móż mi Panie – ten wie­lo­krot­nie powta­rza­ny zwrot ujaw­nia wysi­łek: Tego pra­gnę, Panie, ale nie jest to łatwe – pomóż mi.

Ludzie miło­sier­ni to ci, któ­rych z tęsk­no­tą wypa­tru­je­my w dzi­siej­szym nie­mi­ło­sier­nym świe­cie. Tęsk­ni­my za świa­tem, w któ­rym zamiast wydaj­no­ści i sku­tecz­no­ści kró­lo­wa­ła­by wza­jem­na dobroć i wyro­zu­mia­łość; zamiast nara­sta­ją­ce­go tem­pa życia, nie­ustan­ne­go pośpie­chu i goni­twy – umie­jęt­ność bycia razem; zamiast posta­wy roz­ka­pry­szo­nych dzie­ci, upo­mi­na­ją­cych się o wła­sne, nie­raz absur­dal­ne pra­wa – świa­do­mość odpo­wie­dzial­no­ści za sie­bie nawza­jem; zamiast slo­ga­nów i słów bez pokry­cia, zamiast mani­pu­la­cji – praw­da i doj­rza­ła miłość.

Może rodzą się w nas pra­gnie­nia, by zmie­niać ten nie­mi­ło­sier­ny świat?… Wie­my jed­nak, że to, co z Bożą pomo­cą jeste­śmy w sta­nie zmie­nić, to tyl­ko samych sie­bie. Tyl­ko i aż! Zmie­niam się ja, powo­li zmie­nia­ją się ci, któ­rzy są w moim naj­bliż­szym oto­cze­niu, potem ci w tro­chę dal­szym i jesz­cze dal­szym… i tak zmie­nia się świat. Jeśli będzie­my kon­se­kwent­ni w naszym pra­gnie­niu prze­mia­ny w oso­bę praw­dzi­wie miło­sier­ną, Bóg to wszyst­ko spra­wi ? dla Nie­go bowiem nie ma rze­czy nie­moż­li­wych!

Sio­stra Fau­sty­na zapi­sa­ła: Bóg jest miło­ścią, a miło­sier­dzie jest Jego czy­nem (Dz 651). Moż­na więc powie­dzieć, że tak­że nasze ludz­kie miło­sier­dzie jest zewnętrz­nym wyra­zem miło­ści, jest czymś bar­dzo kon­kret­nym, nie jest tyl­ko abs­trak­cyj­ną dekla­ra­cją, ale czy­nem.

Przy­po­mni­my sobie kon­kret­ne wyda­rze­nia z życia Sio­stry Fau­sty­ny, któ­re pomo­gą nam lepiej zro­zu­mieć, czym jest miło­sier­dzie. Przy­pa­trzy­my się świa­dec­twu jej życia, aby prze­ko­nać się, że moż­li­we jest być czło­wie­kiem miło­sier­nym w nie­mi­ło­sier­nym świe­cie (nie tyl­ko jest to moż­li­we, ale zachwy­ca­ją­co pięk­ne!). Wró­ci­my do słów jej modli­twy i zatrzy­ma­my się choć na chwi­lę przy każ­dej z jej próśb.

Oczy miło­sier­ne

Dopo­móż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miło­sier­ne, bym nigdy nie podej­rze­wa­ła i nie sądzi­ła według zewnętrz­nych pozo­rów, ale upa­try­wa­ła to, co pięk­ne w duszach bliź­nich, i przy­cho­dzi­ła im z pomo­cą.

Miło­sier­ne oczy to takie, któ­re dostrze­ga­ją pięk­no i dobro w dru­gim czło­wie­ku, patrzą głę­biej niż tyl­ko na to, co zewnętrz­ne, widzą wię­cej niż tyl­ko pozo­ry. Jan Paweł II w swo­jej ency­kli­ce “Dives in Mise­ri­cor­dia” napi­sał: Miło­sier­dzie obja­wia się jako (…) wydo­by­wa­nie dobra spod wszel­kich nawar­stwień zła (DiM 6). Oso­ba miło­sier­na w każ­dym napo­tka­nym czło­wie­ku będzie poszu­ki­wać tego dobra, któ­re prze­cież w nim jest – zosta­li­śmy stwo­rze­ni na obraz Boży i nawet naj­cięż­szy grzech nie jest w sta­nie tego podo­bień­stwa do Boga w nas wyma­zać. Jed­na z sióstr – s. Ludwi­na tak wspo­mi­na­ła s. Fau­sty­nę: Raz jeden jadąc z Walen­do­wa do Kra­ko­wa roz­ma­wia­ły­śmy pouf­nie. Nic nie wie­dzia­łam o jej obja­wie­niach, tyl­ko (…) jej, wyż­szej duchem, chęt­nie słu­cha­łam, bo ona taki wpływ mia­ła dobry, że po jej roz­mo­wie otu­cha wstę­po­wa­ła, gdyż umia­ła naj­mniej­sze dobro zna­leźć i pod­nieść1. Od innych osób moż­na było usły­szeć, że s. Fau­sty­na nigdy o nikim źle nie mówi­ła, a u każ­de­go odnaj­dy­wa­ła jego lep­sze stro­ny. Może dla­te­go zaist­nia­ło kie­dyś pew­ne wyda­rze­nie, o któ­rym opo­wie­dzia­ła s. Sera­fi­na: [Sio­stra Fau­sty­na była] prze­zna­czo­na do domu na Der­dy, była tam sama w kuch­ni, mając do pomo­cy dziew­czyn­kę, neo­fit­kę, bar­dzo przy­kre­go uspo­so­bie­nia, z któ­rą nikt nigdzie nie chciał współ­pra­co­wać, i wła­śnie ta dziew­czy­na, pra­cu­jąc z Sio­strą Fau­sty­ną, zmie­ni­ła się nie do pozna­nia. Taki mia­ła cichy, ale Boży wpływ na grzesz­ne dusze2. Nie zmie­nia­ją nas poucze­nia, kry­ty­ka, narze­ka­nie, ale dostrze­że­nie w nas pięk­na. Spoj­rze­nie miło­sier­nych oczu spra­wia, że auten­tycz­nie chce­my taki­mi być, jak postrze­ga­ją nas te dobre oczy. Nie są to śle­pe, bądź naiw­ne oczy, ale oczy, któ­re nie sku­pia­ją się na tym, co złe, sła­be. Miło­sier­ne, dobre, ufne spoj­rze­nie pod­no­si, prze­mie­nia. Spoj­rze­nie nie­mi­ło­sier­ne, kry­tycz­ne, osą­dza­ją­ce utwier­dza w złym.

Słuch miło­sier­ny

Dopo­móż mi, aby słuch mój był miło­sier­ny, bym skła­nia­ła się do potrzeb bliź­nich, by uszy moje nie były obo­jęt­ne na bóle i jęki bliź­nich.

Sio­stra Fau­sty­na zano­to­wa­ła w swo­im “Dzien­nicz­ku”:
[W mar­cu 1937 roku pod­czas poby­tu w szpi­ta­lu na Prąd­ni­ku] lekarz mi nie pozwo­lił pójść do kapli­cy (…) cho­ciaż mia­łam gorą­ce pra­gnie­nie; jed­nak modli­łam się we wła­snej sepa­rat­ce. Nagle usły­sza­łam dzwo­nek w sąsied­niej sepa­rat­ce i weszłam, i odda­łam usłu­gę cięż­ko cho­re­mu. Kie­dy wró­ci­łam do swej sepa­rat­ki, nagle ujrza­łam Pana Jezu­sa, któ­ry mi rzekł: Cór­ko moja, więk­szą mi spra­wi­łaś radość odda­jąc mi tę usłu­gę, ani­że­li­byś dłu­go się modli­ła. – Odpo­wie­dzia­łam: Prze­cież nie Tobie, o mój Jezu, usłu­ży­łam, ale temu cho­re­mu. I odpo­wie­dział mi Pan: Tak, cór­ko moja, cokol­wiek czy­nisz bliź­nie­mu – mnie czy­nisz (Dz. 1029).

Prze­cież to nie był dzwo­nek wzy­wa­ją­cy s. Fau­sty­nę?!… Nikt by do niej nie miał pre­ten­sji, gdy­by nie zare­ago­wa­ła. Sama była cho­ra i leża­ła w łóż­ku. Każ­dy by jej uwie­rzył, nawet wów­czas, gdy­by powie­dzia­ła, że nic nie sły­sza­ła… A jed­nak wraż­li­wość czło­wie­ka miło­sier­ne­go idzie wbrew ego­cen­trycz­nym i mini­ma­li­stycz­nym prą­dom współ­cze­sno­ści. Hasła typu: świat jest bru­tal­ny, możesz liczyć tyl­ko na sie­bie, rób tak, żeby tobie było dobrze, po tru­pach do celu – to nie są dobre rady przy­ja­cie­la. Czło­wiek miło­sier­ny pozo­sta­je nie­obo­jęt­ny w obo­jęt­nym świe­cie. Nie ule­ga wpły­wom oto­cze­nia, któ­re mogło już zobo­jęt­nieć. Nie trze­ba go pro­sić dwa razy, a czę­sto wca­le nie trze­ba go pro­sić – ma bar­dzo wyczu­lo­ne zmy­sły i usły­szy nawet cichy szept woła­ją­ce­go o pomoc, szyb­ciej niż krzyk wła­snych pra­gnień.

Język miło­sier­ny

Dopo­móż mi, Panie, aby język mój był miło­sier­ny, bym nigdy nie mówi­ła ujem­nie o bliź­nich,
ale dla każ­de­go mia­ła sło­wo pocie­chy i prze­ba­cze­nia.

Posłu­chaj­my kolej­ne­go frag­men­tu z “Dzien­nicz­ka” Sio­stry Fau­sty­ny: Dziś odwie­dzi­ła mnie pew­na świec­ka oso­ba, przez któ­rą mia­łam wiel­kie przy­kro­ści, któ­ra nad­uży­ła mojej dobro­ci, kła­miąc wie­le rze­czy. W pierw­szej chwi­li, gdy ją zoba­czy­łam, ścię­ła mi się krew w żyłach, gdyż sta­nę­ło mi wszyst­ko przed oczy­ma, co przez nią wycier­pieć musia­łam (…) I przy­szła mi myśl, aby jej dać poznać praw­dę sta­now­czo i natych­miast. Ale w jed­nej chwi­li sta­nę­ło mi miło­sier­dzie Boże przed oczy­ma i posta­no­wi­łam tak z nią postę­po­wać, jak­by postą­pił Jezus będąc na moim miej­scu. Zaczę­łam z nią roz­ma­wiać łagod­nie, a kie­dy zapra­gnę­ła roz­ma­wiać ze mną sam na sam, wten­czas dałam jej jasno poznać jej smut­ny stan duszy, w spo­sób bar­dzo deli­kat­ny. Widzia­łam jej głę­bo­kie wzru­sze­nie, choć kry­ła przede mną. (…) Wtem usły­sza­łam te sło­wa: Cie­szę się, żeś postą­pi­ła jako praw­dzi­wa cór­ka moja. Bądź zawsze miło­sier­na, jako ja miło­sier­ny jestem. Kochaj wszyst­kich z miło­ści ku mnie, choć­by naj­więk­szych wro­gów, aby się mogło w całej peł­ni odbić w ser­cu two­im miło­sier­dzie moje (Dz. 1694, 1695).

Pierw­sza, natu­ral­na reak­cja na oso­bę, któ­ra nas moc­no zra­ni­ła, to chęć zemsty lub uciecz­ki. Sio­stra Fau­sty­na, kobie­ta wraż­li­wa na praw­dę, chcia­ła uświa­do­mić spo­tka­nej oso­bie popeł­nio­ne przez nią zło. Pra­gnie­nie słusz­ne, ale… Mądrzy ludzie mówią, że moż­na powie­dzieć wszyst­ko, ale waż­na jest for­ma, waż­ne jest jak to powie­my. Na szczę­ście nasza Sio­stra powstrzy­ma­ła się przed pój­ściem za pierw­szym impul­sem: ścię­ła mi się krew w żyłach (…) I przy­szła mi myśl, aby jej dać poznać praw­dę sta­now­czo i natych­miast. Tak prze­ka­za­na praw­da zosta­ła­by odrzu­co­na. Sio­stra Fau­sty­na, oso­ba o duchu auten­tycz­nie ewan­ge­licz­nym, zasta­na­wia się jed­nak: jak w tej sytu­acji postą­pił­by Jezus? Zapew­ne przy­po­mi­na­ją nam się teraz Jego sło­wa: Jeże­li twój brat zgrze­szy prze­ciw tobie, idź i upo­mnij go w czte­ry oczy (Mt 18,15). Kie­ru­jąc się pra­gnie­niem praw­dzi­we­go dobra czło­wie­ka, w tro­sce o jego życie wiecz­ne, Jezus powie­dział­by mu praw­dę, ale łagod­nie i na osob­no­ści. Tak prze­ka­za­na trud­na do przy­ję­cia rze­czy­wi­stość rodzi wzru­sze­nie, a w kon­se­kwen­cji reflek­sję, a może nawet zmia­nę dotych­cza­so­we­go sty­lu życia.

Doty­ka­my tutaj waż­nej cechy cha­rak­te­ry­stycz­nej dla miło­sier­dzia, a jest nią praw­da. Miło­sier­dzie nie głasz­cze po gło­wie, nie odno­si się pobłaż­li­wie do kogoś, kto wszedł na rów­nię pochy­łą i zmie­rza pro­sto ku prze­pa­ści. Miło­sier­ne sło­wo to sło­wo praw­dy, któ­ra wyzwa­la z uwi­kła­nia w kłam­stwo.

W świe­cie, w któ­rym sły­szy się wie­le pozor­nie miłych słów, ale uwa­run­ko­wa­nych wła­sną korzy­ścią, czy też lękiem, Sio­stra Fau­sty­na uka­zu­je nam posta­wę praw­dzi­we­go ucznia Chry­stu­sa. Dopo­móż mi, Panie, (…) bym nigdy nie mówi­ła ujem­nie o bliź­nich, ale jeśli zoba­czę, że ktoś jest na złej dro­dze, dopo­móż mi, abym umia­ła mu o tym powie­dzieć sta­now­czo, ale tak, żeby czuł się kocha­ny mimo wszyst­ko. Dopo­móż mi, bym potra­fi­ła prze­ba­czać i nie kie­ro­wać się pra­gnie­niem zemsty, kochać wszyst­kich z miło­ści ku Tobie, choć­by naj­więk­szych wro­gów.

Ręce miło­sier­ne

Dopo­móż mi, Panie, aby ręce moje były miło­sier­ne i peł­ne dobrych uczyn­ków, bym tyl­ko umia­ła czy­nić dobrze bliź­nie­mu, na sie­bie przyj­mo­wać cięż­sze, mozol­niej­sze pra­ce.

Posłu­chaj­my jak wspo­mi­na Sio­strę Fau­sty­nę s. Kole­ta: Byłam z nią w War­sza­wie, ale nic nie wie­dzia­łam o jej nad­zwy­czaj­nym życiu (…) Przy­znać muszę, że się czę­sto do refek­ta­rza [klasz­tor­na jadal­nia] spóź­nia­łam, a ona tak była uprzej­ma, że mnie zawsze potra­wy odgrza­ła, choć z tego powo­du mia­ła czę­sto od sióstr nie­przy­jem­ność. Ona zawsze czas zna­la­zła i nawet o to pro­sić nie potrze­bo­wa­łam, dosyć, że spo­strze­gła, że przy­szłam. (…) Bar­dzo ją lubi­łam, tak­że nigdy nie zapo­mnę jej wido­ku3.

Poznaj­my też jed­ną z histo­rii opo­wie­dzia­nych przez s. Justy­nę: Gdy były­śmy razem w Wil­nie, Sio­stra Fau­sty­na pra­co­wa­ła w ogro­dzie, a ja w kuch­ni sióstr, i byłam sama jed­na, i mia­łam dużo pra­cy. Nie­raz już była pora uda­nia się na spo­czy­nek, a ja jesz­cze dużo mia­łam pra­cy i tak sama jed­na zmy­wa­łam (…) po kola­cji, co widząc Sio­stra Fau­sty­na zawsze mi poma­ga­ła, pomi­mo że była sama zmę­czo­na i w dodat­ku sła­be­go zdro­wia4.

Miło­sier­ne ręce spraw­dza­ją się w codzien­no­ści. Miło­sier­dzie zakła­da kon­kret­ny styl życia – nie jed­ną akcję od cza­su do cza­su, ale kon­se­kwent­ne codzien­ne wybo­ry. Sio­stry w swo­ich wspo­mnie­niach o sio­strze Fau­sty­nie pod­kre­śla­ły: zawsze mi odgrza­ła potra­wy, zawsze czas zna­la­zła, zawsze mi pomo­gła… Tak ją zapa­mię­ta­ły. Czy to moż­li­we, że w każ­dej sytu­acji była taka dobra? Nawet jeśli kie­dyś zda­rzy­ło się s. Fau­sty­nie nie odgrzać posił­ku spóź­nio­nej sio­strze, nie pomóc zmę­czo­nej, a mogło się to zda­rzyć, w koń­cu jak i my była tyl­ko czło­wie­kiem, jed­nak w pamię­ci sióstr zosta­ło jej codzien­ne ukie­run­ko­wa­nie ku dru­gie­mu, jej wiel­ka wraż­li­wość na czło­wie­ka, jej kon­se­kwent­ne pra­gnie­nie bycia miło­sier­ną w każ­dej sytu­acji.

Nogi miło­sier­ne

Dopo­móż mi, aby nogi moje były miło­sier­ne, bym zawsze śpie­szy­ła z pomo­cą bliź­nim, opa­no­wu­jąc swo­je wła­sne znu­że­nie i zmę­cze­nie. Praw­dzi­we moje odpocz­nie­nie jest w usłuż­no­ści bliź­nim.

W 1936 roku s. Fau­sty­na zapi­sa­ła: Dziś (…) czu­łam się wię­cej cho­ra niż zwy­kle, więc zaraz po bene­dyk­cji poszłam się poło­żyć; jed­nak kie­dy weszłam do sypial­ni, nagle pozna­łam wewnętrz­nie, aby wejść do celi s. N., bo potrze­bu­je pomo­cy. Weszłam zaraz do tej celi, a s. N. mówi mi: O, jak to dobrze, że Bóg sio­strę przy­pro­wa­dził. A mówi­ła tak cichym gło­sem, że led­wie ją usły­szeć mogłam. Mówi mi: Sio­stro, pro­szę mi przy­nieść tro­chę her­ba­ty z cytry­ną, bo mam tak wiel­kie pra­gnie­nie, a poru­szyć się nie mogę, bo cier­pię bar­dzo – i rze­czy­wi­ście, cier­pia­ła bar­dzo i gorącz­kę mia­ła wyso­ką. Usłu­ży­łam jej i tą [odro­bi­ną] her­ba­ty uga­si­ła swo­je spra­gnio­ne usta. Kie­dy weszłam do swo­jej celi, duszę moją ogar­nę­ła wiel­ka miłość Boża i zro­zu­mia­łam, jak bar­dzo trze­ba uwa­żać na natchnie­nia wewnętrz­ne i wier­nie iść za nimi, a wier­ność jed­nej łasce spro­wa­dza następ­ne (Dz. 756).

Bóg sio­strę przy­pro­wa­dził powie­dzia­ła cho­ra do sio­stry Fau­sty­ny. Przy­szedł więc z nią. Cho­ra w obec­no­ści s. Fau­sty­ny dostrze­gła Boga. Nasza świę­ta w dru­gim czło­wie­ku spo­ty­ka­ła Boga, a tak­że i ten czło­wiek w s. Fau­sty­nie Boga spo­ty­kał. Wza­jem­ność. Obda­ro­wy­wa­nie. To jed­na z cech cha­rak­te­ry­stycz­nych miło­sier­dzia – dając jestem obda­ro­wy­wa­na. Jeśli tej dwu­stron­no­ści, tej wza­jem­no­ści brak, wów­czas czy­ny nasze nie są jesz­cze praw­dzi­wy­mi akta­mi miło­sier­dzia, napi­sał bło­go­sła­wio­ny Jan Paweł II (DiM 14). Dobro wyświad­czo­ne innym z czy­stą inten­cją pozwa­la nam zasma­ko­wać kli­ma­tów nie­ba. (…) duszę moją ogar­nę­ła wiel­ka miłość Boża zapi­sa­ła nasza Świę­ta. I to był jej odpo­czy­nek – praw­dzi­we odpocz­nie­nie, któ­re odnaj­dy­wa­ła w usłuż­no­ści bliź­nim.

W świe­cie, w któ­rym codzien­ność wie­lu krę­ci się wokół nich samych, s. Fau­sty­na sta­wia w cen­trum Boga, któ­re­go spo­ty­ka codzien­nie, bar­dzo real­nie w dru­gim czło­wie­ku, któ­re­mu goto­wa jest słu­żyć, jak Chry­stus, któ­ry nie przy­szedł, aby Mu słu­żo­no (Mt 20, 28).

Ser­ce miło­sier­ne

Dopo­móż mi, Panie, aby ser­ce moje było miło­sier­ne, bym czu­ła ze wszyst­ki­mi cier­pie­nia­mi bliź­nich. Niko­mu nie odmó­wię ser­ca swe­go. Obco­wać będę szcze­rze nawet z tymi, o któ­rych wiem, że nad­uży­wać będą dobro­ci mojej, a sama zamknę się w naj­mi­ło­sier­niej­szym Ser­cu Jezu­sa. O wła­snych cier­pie­niach będę mil­czeć. Niech odpocz­nie miło­sier­dzie Two­je we mnie, o Panie mój.

Miło­sier­ne ser­ce znaj­dzie­my w czło­wie­ku cier­pli­wym i łaska­wym, w czło­wie­ku, któ­ry nie zazdro­ści i nie szu­ka pokla­sku, nie szu­ka swe­go, nie uno­si się gnie­wem, nie pamię­ta złe­go, wszyst­ko zno­si, wszyst­ko prze­trzy­ma (por 1Kor 13, 1–13). Tak, Paw­ło­wy “Hymn o Miło­ści” uka­zu­je nam, że źró­dłem miło­sier­dzia jest miłość, źró­dłem miło­sier­nych czy­nów, słów, spoj­rzeń zawsze będzie praw­dzi­wa miłość, będzie Bóg sam.

Sio­stra Samu­ela wspo­mi­na­jąc Sio­strę Fau­sty­nę opi­sa­ła pew­ną sytu­ację, któ­rej była uczest­ni­kiem, a któ­ra mia­ła miej­sce po tym, jak Sio­stra Fau­sty­na wie­le godzin spę­dzi­ła na kola­nach, szo­ru­jąc drew­nia­ną pod­ło­gę. Był to desz­czo­wy dzień. Z mia­sta przy­szła pew­na sio­stra w brud­nych kalo­szach. Była roz­gnie­wa­na na Sio­strę Fau­sty­nę i prze­szła przez tą świe­żo wyszo­ro­wa­ną pod­ło­gę w zabło­co­nych kalo­szach. Zdję­ła je dopie­ro na koń­cu pod­ło­gi i tam je zosta­wi­ła. Sio­stra Fau­sty­na schy­li­ła się, wzię­ła kalo­sze, jeden dała mnie do umy­cia – wspo­mi­na Sio­stra Samu­ela – a dru­gi sama umy­ła pod zle­wem. Pyta­łam, dla­cze­go to zro­bi­ła dla tak doku­cza­ją­cej jej sio­stry, odpo­wie­dzia­ła: To dla miło­ści Pana Jezu­sa5.

Miłość cier­pli­wa jest, łaska­wa jest. (…) nie uno­si się gnie­wem, nie pamię­ta złe­go (…) wszyst­ko zno­si, (…) wszyst­ko prze­trzy­ma (1Kor 13, 4–7).

Nie jeste­śmy z natu­ry miło­sier­ni, a podej­mo­wać decy­zje wbrew natu­rze nie jest łatwo. Jezus mówi: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze same­go sie­bie (Łk 9, 23), czy­li wła­śnie tego, co w nas natu­ral­ne, a nie­ste­ty nie­ko­niecz­nie dobre, a na pew­no nie naj­lep­sze.

Tak napraw­dę dobry jest tyl­ko Bóg, ale ta Jego dobroć, Jego miło­sier­dzie prze­ja­wia się w świe­cie poprzez nas, ludzi. Tak więc, aby być miło­sier­nym, trze­ba naj­pierw poznać miło­sier­ne­go Boga – poznać, zachwy­cić się, poko­chać, zapra­gnąć być takim jak On. Może czę­sto wyma­ga­my od innych chrze­ści­jań­skich postaw – czu­je­my się roz­ża­le­ni, że tak rzad­ko spo­ty­ka­my kogoś miło­sier­ne­go. Zamiast wyma­gać i narze­kać, lepiej jed­nak pod­pro­wa­dzić innych do Boga, pomóc im Go poznać. Pozna­nie miło­sier­ne­go Boga, zachwyt praw­dzi­wą miło­ścią, któ­rą On jest, to począ­tek prze­mia­ny sty­lu życia z ego­cen­trycz­ne­go na teo­cen­trycz­ny, z ja w cen­trum na Bóg w cen­trum. A w Nim spo­tka­my każ­de­go czło­wie­ka, dla któ­re­go napraw­dę będzie­my chcie­li być miło­sier­ni, jak i Bóg jest dla nas.

Pozna­li­śmy kil­ka histo­rii z życia naszej świę­tej Sio­stry. Spy­taj­my więc na zakoń­cze­nie: Skąd w tobie tyle dobro­ci, dro­ga Sio­stro Fau­sty­no? Uczę się być dobrą od Jezu­sa (Dz. 669) – odpo­wia­da Świę­ta.

s. M. Gau­dia Skass ZMBM

  1. “Wspo­mnie­nia o świę­tej Sio­strze Fau­sty­nie Kowal­skiej ze Zgro­ma­dze­nia Mat­ki Bożej Miło­sier­dzia”, s. 196–197.
  2. ibi­dem s. 99.
  3. ibi­dem s. 188.
  4. ibi­dem s.176–177.
  5. ibi­dem s. 214.